Social media:
Wyszukiwarka:

Miliardy euro pozostały obietnicą

Tomasz Poręba poseł PiS do Parlamentu Europejskiego

Wchodzimy właśnie w kluczową fazę negocjacji dotyczących nowej perspektywy finansowej dla Unii Europejskiej na lata 2014-2020. Komisja rozwoju regionalnego Parlamentu Europejskiego w lipcu br. głosowała nad pakietem właściwych rozporządzeń. Wraz z budżetem UE rozstrzygnięty zostanie kształt poszczególnych unijnych polityk, w tym bardzo ważnej dla Polski polityki spójności. Jak dotąd z placu boju nie napływają dla nas dobre wieści.
Przypomnijmy, że polityka spójności polega na dążeniu do likwidowania różnic w rozwoju między poszczególnymi regionami UE oraz do wyrównywania poziomu życia ich mieszkańców. Zasada ta należy do fundamentalnych wartości, które legły u podstaw Unii. Siłą rzeczy polityka spójności najbardziej leży na sercu nowym członkom UE zmuszonym do nadrabiania gospodarczego i cywilizacyjnego zapóźnienia. Mniej unijnym płatnikom netto, którzy chcą możliwie jak największy strumień pieniędzy kierować na ratowanie strefy euro. Kto nie walczy z determinacją o swoje, ten nie tylko nic nie zyskuje, ale często traci to, co miał.


Zapomnijmy o 300 miliardach
W ostatniej kampanii wyborczej Platforma Obywatelska ustami Janusza Lewandowskiego, Jerzego Buzka i Radosława Sikorskiego obiecywała, że załatwi dla Polski duży budżet na kolejne lata – słynne 300 mld złotych, czyli ok. 80 mld euro. Dziś wiadomo, że były to obietnice bez pokrycia, co w przypadku PO stało się już rutyną.
Komisja Europejska jeszcze przed wyborami w Polsce przedstawiła bowiem propozycję niższego budżetu, stanowiącego mniejszą część unijnego dochodu narodowego brutto niż poprzedni, gdyż został zmniejszony z 1,06 proc. do 1,00 procent. Nadto państwa płatnicy netto, nazywający siebie „przyjaciółmi lepszego wydatkowania”, wciąż występują z żądaniami daleko idącego ograniczenia budżetu UE. Na początku zeszłego roku przywódcy Niemiec, Francji, Wielkiej Brytanii, Holandii i Finlandii wystosowali „list pięciu”, w którym wezwali do zamrożenia unijnych wydatków na dotychczasowym poziomie. Później pojawił się „list jedenastu” z żądaniem zmniejszenia budżetu o 120 mld euro – „zaoszczędzone” w ten sposób pieniądze miałyby pójść na walkę z kryzysem i ratowanie strefy euro. A nie dalej niż w kwietniu tego roku w Luksemburgu przyjęta została z inicjatywy Niemiec deklaracja krajów płatników netto (Niemcy, Austria, Francja, Finlandia, Szwecja, Holandia i Włochy) pod nazwą „Przyjaciele lepszego wydawania”, w której domagają się m.in. wprowadzenia zasady warunkowości makroekonomicznej i związanych z nią sankcji, czyli blokowania funduszy strukturalnych z budżetu UE krajom, które łamią dyscyplinę finansów publicznych.


Na co realnie może liczyć Polska
Niestety, dziś zamiast o 80 mówi się o około 70 mld euro, czyli kwocie mniejszej (po uwzględnieniu czynnika inflacji) od sumy, którą wynegocjował na lata 2007-2013 poprzedni rząd z udziałem Prawa i Sprawiedliwości.
Tymczasem, co podkreślają eksperci, przewidywana dla Polski dotacja na lata 2014-2020 jest niższa o około 35 mld od tej, jaką nasz kraj powinien uzyskać, gdyby stosować obowiązujący w upływającym okresie rozliczeniowym mechanizm kwalifikacji regionów europejskich do korzystania z funduszy polityki spójności.
Trzeba też pamiętać, że „przyjaciele lepszego wydatkowania” opowiedzieli się w kwietniu bieżącego roku za zmniejszeniem budżetu polityki spójności. A przecież został on już okrojony, gdyż kwota 336 mld euro, którą Komisja zaproponowała na Europejski Fundusz Rozwoju Regionalnego, Europejski Fundusz Spójności oraz Europejski Fundusz Społeczny jest o 3 proc. niższa od przyznanej na bieżącą perspektywę finansową. Szczególnie niebezpieczna dla Polski jest nowa propozycja, która znalazła się na stole negocjacyjnym podczas kwietniowego posiedzenia Rady UE w Luksemburgu wprowadzająca nowy pułap dostępu do unijnych funduszy spójności. Kraj mógłby dostawać w nowym budżecie minimum 55 proc. tego, co otrzymywał dotychczas, i nie więcej niż przyznano mu na lata 2007-2013. Co w przypadku Polski oznaczałoby, biorąc pod uwagę inflację jeszcze mniej niż uzyskane w obecnym budżecie 67 mld euro.
Oprócz realnie niższego budżetu w propozycji Komisji Europejskiej znajdziemy też szereg zagrożeń, które w sposób trwały mogą utrudnić pozyskiwanie przez Polskę środków europejskich w ramach nowej perspektywy finansowej. Jednym z nich jest tzw. warunkowość makroekonomiczna. Pod tym dość enigmatycznie brzmiącym terminem kryje się po prostu postulat zawieszania środków unijnych tym państwom, które nie będą utrzymywały dyscypliny finansowej i pozwolą sobie na przekroczenie progu 3 proc. dla deficytu budżetowego oraz progu 60 proc. dla długu publicznego.


Zagrożenia dla naszego budżetu
Znając stan polskich finansów, można się realnie obawiać wstrzymania funduszy. Kolejnym zagrożeniem jest tzw. limit absorpcyjny. Limit ten, w eurożargonie zwany również cappingiem, określa zdolność absorbowania przez dany kraj funduszy z polityki spójności. Komisja Europejska chciałaby go obniżyć z obowiązujących w obecnej perspektywie finansowej 4 proc. PKB do 2,5 proc. na lata 2014-2020. Oznaczałoby to, że Polska (tak jak każdy inny członek UE) w ramach polityki spójności nie mogłaby w przyszłej perspektywie finansowej dostać więcej środków, niż wyniósłby liczbowy odpowiednik owych 2,5 procent.
Bardzo kontrowersyjną propozycją jest także utworzenie funduszu „Łącząc Europę”. Ma on, dysponując budżetem w wysokości 50 mld euro, finansować budowę transeuropejskich korytarzy transportowych, linii energetycznych i telekomunikacyjnych. Jedna piąta tej kwoty, czyli 10 mld euro, ma być pozyskana z funduszy polityki spójności przeznaczonych dla nowych krajów członkowskich. Fundusz ma być zarządzany centralnie, a Polska ma do niego włożyć 5 mld euro kosztem swojego budżetu na politykę spójności. Najwięcej kontrowersji wzbudza procedura selekcyjna projektów, którą koordynować ma Bruksela, a na którą państwa członkowskie nie będą miały żadnego wpływu. Kolejne zagrożenie to podatek VAT, obecnie jest on wliczany w koszty inwestycji współfinansowanych ze środków unijnych. Komisja Europejska chce to zmienić i obciążyć nim w całości beneficjentów unijnych dotacji, zwiększając tym samym ich wkład własny, czyli podnieść koszty inwestycji. Tu trzeba mocno i stanowczo bić na alarm. Innym pomysłem godzącym w nasze interesy są tak zwane korekty finansowe netto, czyli mechanizm automatycznego odbierania przyznanych na dany program pieniędzy, jeśli roczny raport z jego realizacji wykaże poważne odstępstwa od uzgodnionych celów. W obecnej perspektywie finansowej jeśli dany projekt nie spełnia ustalonych kryteriów, to można go zastąpić innym projektem, nie tracąc uprzednio przyznanych środków. Podczas lipcowych głosowań komisja rozwoju regionalnego PE opowiedziała się przeciwko wspomnianej wcześniej warunkowości makroekonomicznej. To, czy ta zasada zostanie ostatecznie odrzucona, zależeć będzie od dalszych negocjacji z Radą, a więc szefami rządów UE. Podobnie w przypadku kwalifikowalności VAT. Nadszedł więc czas na twarde negocjacje i realne działania w tych sprawach rządu Tuska. Stawką jest nie tylko wysoki budżet dla Polski, ale także usunięcie z niego tych propozycji, które mogą w przyszłości uniemożliwić nam pełną absorpcję środków UE.


Strefa euro potrzebuje pieniędzy
Strefa euro na gwałt potrzebuje pieniędzy. Dlatego nowy budżet ma być pełen kar i restrykcji, aby jak najwięcej środków zostało w Brukseli. Na początku stycznia Niemcy i Francja przyjęły oficjalne stanowisko, że jako kraje płatnicy netto będą domagały się, aby ograniczenia i kary działały automatycznie. Niedługo potem poparł je szef KE José Manuel Barroso, który poinformował o planach przekazania jeszcze w tej perspektywie finansowej niewykorzystanych przez beneficjentów 82 mld euro na pobudzanie rozwoju gospodarczego w strefie euro. A będzie jeszcze gorzej. Na ostatnim szczycie w Brukseli uzgodniono bowiem przesunięcie 120 mld euro na inwestycje prorozwojowe, chodzi o tzw. pakt na rzecz wzrostu gospodarczego i zatrudnienia, który zakłada zmobilizowanie funduszy na inwestycje sprzyjające wzrostowi gospodarczemu. Środki miałyby pochodzić m.in. z Europejskiego Banku Inwestycyjnego, a aż 55 mld euro całej puli zostanie przekierowane z niewykorzystanych funduszy regionalnych UE, co oznacza, że fundusze strukturalne, które z założenia miały służyć wyrównywaniu szans i zapóźnień w poziomach rozwoju najbiedniejszych regionów UE, będą ratować gospodarki pogrążone w kryzysie.


Opóźnienia kontra argumenty
Ogólne tendencje są dla nas niekorzystne. Trzeba je zatem odwrócić, albo przynajmniej powstrzymać. Jak to zrobić? Na pewno potrzebne jest jak najszybsze działanie rządu na rzecz stworzenia realnego sojuszu krajów zainteresowanych dużym budżetem, których głos będzie nie tylko słyszany, ale także brany pod uwagę.
W interesie Polski leży bowiem bezkompromisowe utrzymanie silnej polityki spójności, która będzie kontynuować inwestycje w infrastrukturę, a nie jak to się dziś proponuje w Brukseli w walkę z klimatem. Będzie bardzo trudno, bo w Brukseli dobrze wiedzą, że sporo z przyznanych środków Polska marnuje. Prawdopodobnie przepadnie 1 mld euro przeznaczony na modernizację kolei, w 2011 roku nie wykorzystaliśmy też 366 mln złotych z programu rozwoju obszarów wiejskich. W ramach e-administracji z powodów podejrzeń korupcyjnych zawieszono finansowanie z UE projektów informatycznych na kwotę 1,2 mld złotych. Wstrzymano wdrażanie wartej 575 milionów złotych platformy P1, systemu mającego połączyć wszystkie rejestry medyczne w Polsce. Bardzo poważnie zagrożone są również projekty na 1 mld euro związane z budową sieci szerokopasmowego internetu w Polsce. Opóźnienia sięgają już prawie 3 lat i te pieniądze też mogą przepaść. Niestety przez swoją nieudolność rząd Tuska sam odbiera sobie argumenty w walce o nowy, wyższy budżet dla Polski na lata 2014-2020.

(M. BORAWSKI)