Social media:
Wyszukiwarka:

Poręba: to jest próba wciągnięcia Polski w kryzys gospodarczy.

– To ważna data w historii Polski. Po latach zniewolenia wróciliśmy do demokratycznej Europy – mówi w rozmowie z Onetem Tomasz Poręba. Eurodeputowany PiS, w 10. rocznicę referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej, zaznacza, że wspólnota znalazła się w „punkcie zwrotnym”. – Obecnie widzimy próbę wciągnięcia Polski i innych krajów pozostających poza strefą euro, w kryzys gospodarczy; nie możemy się na to zgodzić – dodaje polski polityk.
Z posłem do Parlamentu Europejskiego z ramienia PiS Tomaszem Porębą rozmawia Przemysław Henzel. Przemysław Henzel: Panie Pośle, dzisiaj przypada 10. rocznica referendum w sprawie przystąpienia Polski do Unii Europejskiej. Nasz kraj stał się członkiem Unii za kadencji rządu Leszka Millera. To jedna z dat granicznych w powojennej historii naszego kraju.

Tomasz Poręba: Oczywiście, jest to ważna data w historii Polski. Po latach ucisku i zniewolenia wróciliśmy do Europy – tej rozumianej o wiele szerzej niż jako UE, jako całość historyczna i kulturowa. Do Unii Polskę wprowadził rząd Leszka Millera, bo akurat podczas jego kadencji zakończył się proces, który zapoczątkowany został o wiele wcześniej. Trudno przypisywać mu w tym zasługi, tym bardziej, że w niektórych obszarach, jak np. rolnictwie, wyniki negocjacji nie były satysfakcjonujące i do dnia dzisiejszego są powodem dyskryminacji polskich rolników.

Którzy z polskich polityków, Pańskim zdaniem, mieli największy wkład jeśli chodzi o integrację Polski z Unią Europejską? Wielu z nich po demokratycznym przełomie w 1989 roku podkreślało, że integracja ze strukturami UE była celem nr 1 polskiej polityki.

– W tym kierunku dążyły tak naprawdę wszystkie polskie rządy. Właściwie pewnym paradoksem jest to, że tym, który faktycznie podpisywał dokument o przystąpieniu Polski, był były sekretarz Komitetu Centralnego PZPR. Formacji, dla której przez ponad 40 lat Unia Europejska i szerzej Europa Zachodnia, była wrogiem numer jeden.

10 lat temu „Tak” Unii Europejskiej powiedziało 77 proc. uczestników referendum, ale do urn stawiło się jedynie ok. 59 proc. Polaków. Czy niska frekwencja mogła być wynikiem obaw związanych z rezultatem negocjacji akcesyjnych, które były oceniane przez część środowisk politycznych jak niekorzystne dla naszego kraju?

– Mógł to być jeden z czynników, jednakże nie wskazywałbym go jako głównej przyczyny. Proszę zauważyć, że od dłuższego już czasu frekwencja w wyborach oscyluje w granicach 50 proc., zaś w ostatnich wyborach do Parlamentu Europejskiego nie przekroczyła nawet 25 proc. Polacy niechętnie chodzą do urn, a silna polaryzacja poglądów zniechęciła wiele osób do udziału w wyborach. Myślę, że zabrakło rzetelnej kampanii informacyjnej na temat skutków przystąpienia do UE.

A jak Pan ocenia warunki na których Polska wchodziła do UE? Czy nasi negocjatorzy, mogli wynegocjować lepsze warunki dla naszego kraju?

– Z perspektywy czasu – można było zyskać więcej, przede wszystkim w dziedzinie rolnictwa. Polscy rolnicy otrzymali dużo niższe dopłaty od rolników z krajów starej Unii i ten stan rzeczy w ciągu 9 lat nie uległ zmianie – toczymy w Parlamencie Europejskim kolejne batalie o wyrównanie środków, niestety właściwie samotnie, bo nie wspiera nas ani rząd, ani europosłowie PO.

Poparcie dla członkostwa Polski w UE przed referendum wyraziły SLD, UP, PO, PiS, PSL czy Unia Wolności. PiS jest jednak jedną z tych partii, które teraz krytykują najostrzej Unię Europejską. Z czego wynika rosnący eurosceptycyzm polityków PiS?

– Nie mówiłbym tu o eurosceptycyźmie, ale raczej eurorealiźmie. PiS nie jest przeciwko Unii Europejskiej, ale przeciwko forsowanemu dziś, niestety także przez polski rząd, modelowi, w którym cała unijna polityka koncentruje się wokół idei federacji europejskiej. Uważamy, że do działań podejmowanych w ramach UE trzeba podchodzić z rozwagą, a nie w ciemno akceptować wszystko, co przychodzi z Brukseli, gdyż tak jak chociażby w przypadku paktu fiskalnego może się okazać, że są to rozwiązania bardzo szkodliwe dla Polski.

Nie można jednak nie zauważyć, że najgorszy scenariusz eurosceptyków, czyli wykupienie polskiej ziemi przez obcokrajowców, nie spełnił się. Czy polskie obawy, związane z przystępowaniem do UE, nie były nieco na wyrost? Polacy powiedzieli jednak w referendum „Tak”.

– Za przystąpieniem do UE opowiedziało się 77 proc. Polaków, co oznacza że obawy nie były znowu takie wielkie. Dziś jednak głównie na Pomorzu wykup ziemi to jednak jest realny problem. Wrócę do tego, co powiedziałem wcześniej – przy budowaniu narracji „za” albo „przeciw” wejściu do UE obie strony sięgały po najmocniejsze możliwe argumenty. Z akcesją wiążą się zarówno korzyści, takie jak otwarcie granic i integracja gospodarcza, ale również problemy, np. decyzje Komisji prowadzące do upadku polskich stoczni przy całkowitej bierności rządu Tuska.

Rząd PiS-Samoobrona-LPR nie miał zbyt dobrego wizerunku w unijnych instytucjach, które często posądzały wtedy Polskę niemalże o próbę rozbicia Unii. Z drugiej strony, Lech i Jarosław Kaczyńscy podkreślali potrzebę walki o polski interes narodowy. Dlaczego w tym czasie Unia oceniała Polskę tak ostro?

– Ze względu właśnie na to, o czym Pan powiedział – na walkę Lecha i Jarosława Kaczyńskich o polski interes narodowy. Ochrona interesów narodowych jest w UE czymś, co z miejsca naraża państwa na ostracyzm – tak było w przypadku Polski, czy obecnie Węgier. Trzeba pamiętać też o krytyce, która, co jakiś czas, spada na Wielką Brytanię. Co ciekawe, zasada ta nie dotyczy największych państw, jak Francja i Niemcy. Zupełnie nie rozumiem narracji rządu Tuska, w której obrona interesu narodowego w UE jest czymś złym.

Postrzeganie Polski w UE zmieniło się, gdy do władzy doszła koalicja PO-PSL. Rząd Donalda Tuska również walczy o interesy Polski, ale nie jest oceniany tak ostro, jak poprzedni rząd. Czy chodzi tylko o lepszy PR, jak twierdzi PiS, czy o sposób prowadzenia unijnej polityki?

– Myślę, że i o jedno, i o drugie. Już od dawna widać, że Donald Tusk w imię partykularnych interesów i zaskarbienia sobie sympatii głównie Niemiec podejmuje decyzje, które dla Polski będą miały fatalne skutki. Tak było w wypadku paktu fiskalnego, pakietu klimatycznego czy niedawnych negocjacji budżetowych, które utrwaliły dyskryminację polskich rolników w UE.

I tak podczas gdy krajowe sondaże pokazują coraz słabsze poparcie dla Donalda Tuska, za granicą otrzymuje on kolejne nagrody za swą proeuropejską, a raczej uległą, postawę. O „proeuropejski” wizerunek premiera dbają także jego ministrowie – dość przypomnieć skandaliczne wystąpienia Radosława Sikorskiego w Berlinie, nazwane przez internautów „hołdem berlińskim”. Bardzo mi przykro, ale nie jestem w stanie w takiej polityce dostrzec walki o interes Polski.

Po początkowym entuzjazmie związanym z członkostwem Polski w UE przyszły wybory do Parlamentu Europejskiego, w których frekwencja była jeszcze niższa. Czym tłumaczyć taki stan rzeczy?

– Jak mówiłem już wcześniej, niska frekwencja dotyczy nie tylko wyborów do Parlamentu Europejskiego. Polacy nie wierzą, że ich głos rzeczywiście ma wpływ na to, co będzie się działo w Brukseli czy Strasburgu. Jest to przykry wniosek, biorąc pod uwagę fakt, że to właśnie aktywność obywateli i dziesięciomilionowy ruch społeczny „Solidarność” zapoczątkowały przemiany w Europie.

Coraz częściej pojawiają się głosy, że Unia Europejska AD 2013 nie jest tą samą Unią Europejskę, której Polacy powiedzieli „Tak” w referendum 10 lat temu.

– Dzisiejsza UE jest zdecydowanie inna. Integracja niewątpliwie przyspieszyła, zwłaszcza w kontekście wspomnianego już przeze mnie paktu fiskalnego czy planów unii bankowej. Jako Polska nie mamy w tych sprawach nic do powiedzenia. To strefa strefa euro choć w dużym kryzysie ustala własne zasady funkcjonowania. I tak powstaje „Unia dwóch prędkości”.

Jaki byłby optymalny model dla Unii Europejskiej? Federacja europejska, „superpaństwo europejskie”, może luźna „konfederacja” państw członkowskich?

– Unia Europejska zdecydowanie powinna wrócić do swych korzeni – wspólnoty silnej, respektującej prawa państw narodowych, zapewniającej swobodny handel, przepływ ludzi, kapitału i usług. Proszę pamiętać, że hasłem UE jest „zjednoczeni w różnorodności” i tę różnorodność powinniśmy za wszelką cenę podtrzymać.

Owszem, integrujmy się gospodarczo, ale nie potrzebujemy do tego „europejskiego superpaństwa” ze wspólną dyplomacją i wspólnym europejskim rządem! Tym bardziej, że interesy poszczególnych państw są zupełnie odmienne, zwłaszcza jeżeli chodzi o politykę zagraniczną.

Moim zdaniem, nie można odbierać krajom wchodzącym w skład Unii możliwości decydowania o priorytetach w ich relacjach z innymi państwami. W innym wypadku dojdziemy do sytuacji, gdzie np. polską politykę wobec Rosji ustalać będzie unijny minister pochodzący z Francji lub Niemiec, który nie będzie w stanie zrozumieć polskiej perspektywy w tej kwestii. To odnosi się oczywiście do wszystkich państw członkowskich.

UE przeżywa obecnie jeden z najgorszych kryzysów w swojej historii; ma on charakter nie tylko gospodarczy, ale także instytucjonalny i polityczny, coraz bardziej narasta także euro sceptycyzm. Czy Unii, jak twierdzą niektórzy politycy, grozi rozpad?

– Wydaje mi się, że rozpad UE jest perspektywą wciąż odległą, choć na pewno bardziej realną niż jeszcze pięć lat temu. Widzimy coraz większy opór państw członkowskich, które dostrzegają mnożenie regulacji i brak demokracji wewnątrz samej wspólnoty. Jest to na pewno punkt zwrotny dla UE, ale trudno mówić o „błędnym kole”, gdyż nie wracamy do początków i założeń wspólnoty, ale raczej oddalamy się od nich.

Gdyby Unia Europejska zatoczyła koło, nie mówilibyśmy dzisiaj o kryzysie, gdyż u podstaw pomysłu na zjednoczenie Europy oprócz chrześcijańskich wartości leżały także szacunek dla narodowych tradycji i rozsądek w sprawach gospodarczych. Obecna Unia Europejska oddaliła się od tych zasad.

Obecny kryzys i osłabienie UE oznaczają także kłopoty dla Polski. Jesteśmy coraz bardziej zintegrowani ze strukturami unijnymi i trudno nie zauważyć, że zła sytuacja gospodarcza już teraz odbija się także na Polsce.

– Oczywiście, Polska jest częścią jednolitego rynku unijnego i kłopoty naszych największych partnerów handlowych, jakimi są kraje UE, dotykają również naszą gospodarkę. W tej sytuacji niewiele możemy zrobić, gdyż klucze do ponownego wzrostu mają państwa strefy euro.

Widzimy natomiast próbę wciągnięcia Polski i innych krajów pozostających poza strefą euro w ten kryzys i skłanianie nas do większej integracji w sprawach monetarnych, niż jest to konieczne. Nie możemy się na to zgodzić, gdyż naszą jedyną szansą na szybszy rozwój jest suwerenne decydowanie w o naszej polityce gospodarczej i nie pchanie się do strefy euro, w której nie wiele będzie zależało od nas.

Oczywiście, nie możemy zapominać też o poszukiwaniu inwestorów zagranicznych i dywersyfikowaniu więzi gospodarczych z UE. Polska ma ogromne atuty w postaci m.in. dobrze wykwalifikowanych pracowników, taniej energii i zdrowej żywności; potrzebny jest jedynie rząd, który te atuty wykorzysta.

Panie Pośle, jak ocenia Pan 10 lat Polski w Unii Europejskiej? Czy Polska wykorzystała swoją szansę?

– Na te pytania trudno dać jednoznaczną odpowiedź. Bez wątpienia członkostwo w UE umożliwiło lub przyspieszyło rozwój w wielu obszarach, choć patrząc np. na sposób wykorzystywania unijnych środków przez polski rząd jestem przekonany, że da się to robić to dużo lepiej.

Na modernizację kolei z 4 mld euro zakontraktowano zaledwie 50 proc. środków w ramach kończącej się za kilka miesięcy perspektywy finansowej. Resztę trzeba wrócić do Brukseli. Takie przykłady można niestety mnożyć. Rząd PO nie wykorzystał też unikalnej szansy, jaką dawała polska prezydencja w UE – nie zaproponowano żadnego projektu, który byłby korzystny dla Polski, jak np. Strategia Karpacka, milczano o dyskryminacji rolników.

Jaka przyszłość, Pańskim zdaniem, czeka Polskę w UE w kolejnej dekadzie? Używając pewnej paraboli – „lata tłuste” czy raczej „lata chude”?

– Biorąc pod uwagę przede wszystkim nadchodzące siedem lat – bo taka jest perspektywa finansowa w UE – będą to raczej „lata chude”. Wiele będzie zależeć od sposobu wykorzystania środków z UE, co ze względu np. na warunkowość makroekonomiczną, może być znacznie trudniejsze niż dotychczas.

Przez ostatnie siedem lat rząd PO zmarnotrawił miliardy euro przeznaczone chociażby na wspomnianą już przeze mnie kolej, drogi czy szerokopasmowy internet. Donald Tusk okazał się być bardzo słabym zawodnikiem i mam nadzieję, że już niebawem Polacy zdejmą go z boiska.