Social media:
Wyszukiwarka:

Tomasz Poręba: Jeśli zostaniemy zaatakowani to będziemy konsekwentnie bronić prawdy

PRoto.pl: Karierę w polityce zaczynał Pan od stażu w Kancelarii Prezesa Rady Ministrów. Była też asystentura w IPN i kierowanie działem ds. informacji i wizerunku w PiS, teraz jest UE i sztab wyborczy PiS. Właściwy człowiek na właściwym miejscu? Według Jarosława Kaczyńskiego Pańska osoba wniesie świeżość w kampanijną walkę.

Tomasz Poręba: Dodam tylko, że zanim zostałem europosłem, przez 5 lat pracowałem w Parlamencie Europejskim jako doradca. Dla mnie ta kampania to duże wyzwanie, ale ja lubię wyzwania i zawsze maksymalnie angażuję się w pracę. Mamy prezydencję w UE, to będzie jeden z tematów kampanii, a Platforma będzie zapewne chciała to wykorzystać dla celów wyborczych. Ja w tematach europejskich czuję się bardzo dobrze. A jeśli chodzi o to, czy jestem „właściwym człowiekiem na właściwym miejscu” to okaże się tak naprawdę po wyniku kampanii.

Proto.pl: Od 2009 roku jest Pan europosłem. Jak ocenia Pan promocję polskiej prezydencji?

T.P.: Promocję czy raczej antypromocję? Po pierwsze, nie trudno zauważyć ewidentną dysproporcję w koncentracji działań i organizacji wydarzeń kulturalnych promujących polską prezydencję w Polsce, pompujących – oczywiście tylko przy okazji – kampanię PO tuż przed wyborami. Huczna inauguracja prezydencji w Polsce przeszła właściwie bez echa w Brukseli. Naturalnie, nie liczba zorganizowanych przedsięwzięć, wydarzeń ani wydanych pieniędzy świadczy o skutecznej promocji, ale trafność ich wyboru, skuteczność i osiągnięcie zamierzonego celu. Czego, jak do tej pory, nie można powiedzieć o proponowanym wizerunku polskiej prezydencji. Za zupełnie nieczytelny uważam dobór znaków rozpoznawczych polskiej prezydencji, które docelowo powinny prezentować dorobek polskiego dziedzictwa kulturowego czy naukowego. Dobrze pamiętamy animowany film, tak szeroko wykpiony przez samych internautów czy bączki – pomijając w tym momencie horrendalne koszty ich produkcji. To poważne PR-owskie wpadki, za które płacą polscy podatnicy. Podczas prezydencji węgierskiej w siedzibie Rady można było posłuchać utworów Ferenca Liszta, zobaczyć pokaz tradycyjnych tańców węgierskich, w promocji polskiej prezydencji wyraźnie brak mocnych rodzimych akcentów, zupełnie nie kreujemy wizerunku Polski za granicą. Rząd Tuska przeznaczył na promocję polskiej prezydencji 430 mln zł (ok. 110 mln euro), a np. Słoweńcy wydali ok. 70 mln euro, Szwedzi 100 mln euro, Niemcy 120 mln euro. Powinniśmy pytać rząd, czy ten wydatek jest dobrze przemyślany. W moim przekonaniu nie generuje konkretnych korzyści ani dla polskiej turystyki, ani dla przemysłu. Inne kraje potrafiły wykorzystać prezydencję dla swoich narodowych interesów. Szwedzi wpisali w program swojej prezydencji strategię bałtycką, Francuzi śródziemnomorską, sprawy na których im zależało. Trudno jest mi również mówić o poważnej promocji Polski, gdy minister Sikorski podczas polskiej prezydencji stawia na wina węgierskie i zamiast wspierać rodzime produkty i świetne, m.in. np. wina podkarpackie, życzy tylko lakonicznie rozwoju polskiego przemysłu winiarskiego, twierdząc, że, „polskich win jest za mało”. Także premier Donald Tusk na początku maja, odwiedzając Chorwację, stwierdził, że tamtejsze truskawki są lepsze niż polskie. Zapewne uczynił to w obronie polskiego interesu. Istny PR-owki falstart.

Proto.pl: Kształtowanie kampanijnego oblicza PiS to zadanie trudniejsze?

T.P.: Na pewno czaso- i pracochłonne. Prawie wszystko, co dociera do społeczeństwa od partii politycznych, dzieje się za pośrednictwem mediów. Oczywiście są spotkania z wyborcami, jest możliwość oddziaływania przez spoty, billboardy, ulotki etc., ale ludzie informacje o polityce czerpią głównie z prasy, radia, telewizji, internetu. Kształtowanie kampanijnego oblicza nie odbywa się w próżni. Jest przecież konkurencja, która prowadzi swoje kampanie, są media, które potrafią być nie tylko krytyczne, ale wręcz niesprawiedliwe i stronnicze. Z tym wszystkim trzeba starać się sobie radzić i docierać do społeczeństwa z własnym programem, jak najmniej zniekształconym. Proszę też pamiętać, że nie jesteśmy jakąś nowo powstałą partią, która może od zera budować swój wizerunek. PiS ma swoje realne oblicze, którego nie trzeba kształtować przez PR-owskie manewry, a jedynie dotrzeć skutecznie do obywatela i zapewnić rzetelny przekaz informacji.

Proto.pl: Partie coraz częściej jednak korzystają z porad ekspertów ds. PR-u w czasie kampanii. PiS także?

T.P.: Jako partia na co dzień korzystamy z porad ekspertów w zakresie prawa, ekonomii, osób znających się na zdrowiu, rolnictwie, edukacji czy polityce społecznej. W tej grupie są także osoby zajmujące się szeroko rozumianą komunikacją. Umiejętność przygotowania i zorganizowania solidnego i czytelnego przekazu łączy w sobie wiedzę, sztukę i talent. Dlatego nie widzę nic w złego w odwoływaniu się w kwestiach technicznych czy wizualnych do porad ekspertów. Kwestia przekazu merytorycznego zależy jednak od nas. Porady ekspertów są ważne, ale ostateczne decyzje podejmujemy sami.

Proto.pl: Trybunał Konstytucyjny zdecydował – nie będzie dwudniowych wyborów, będzie za to kampania w amerykańskim stylu, na billborady i reklamy. PiS jest usatysfakcjonowany?

T.P.: Tak, bo Trybunał podzielił nasze zdanie, że niekonstytucyjny jest zakaz spotów
i billboardów, bo ogranicza wolność słowa. Zakaz spotów i billboardów był zresztą sztuczny, bo proszę zobaczyć, że wprowadzono go wybiórczo. Zakazano spotów telewizyjnych, ale nie zakazano spotów w internecie. Zakazano billboardów, ale nie zakazano całkowicie reklamy zewnętrznej, bo pozostały plakaty i nośniki do 2 metrów kwadratowych.

Proto.pl: W momencie, gdy medialna ofensywa była zakazana przez kodeks wyborczy, PiS przepis ten omijał szerokim łukiem – były spoty telewizyjne i radiowe. Nie uważa Pan, że takie działanie partii z „prawem” i „sprawiedliwością” w nazwie mogło zaszkodzić jej wizerunkowi?

T.P.: Jako partia polityczna mamy prawo komunikować się ze społeczeństwem nie tylko w okresie kampanii wyborczych. Robiliśmy to już kilkukrotnie i nie wzbudzało to takich emocji. A co do omijania szerokim łukiem, to może odpowiem pani słowami Bronisława Komorowskiego i Donalda Tuska z 2007 roku, kiedy komentowali prowadzoną przez Platformę kampanię, którą nazywali informacyjną. Obecny prezydent mówił wtedy, że wszystko robią zgodnie z prawem, bo: „kampania nie została jeszcze ogłoszona przez prezydenta”. Premier Tusk dodawał: „Wszystkie billboardy, które zawisną teraz, w trakcie kampanii wyborczej będą podpisane nazwą komitetu wyborczego. Te, które wiszą teraz zostały powieszone przed ogłoszeniem daty wyborów, a więc przed kampanią”. Nie sądzę, żeby to nam zaszkodziło, oczywiście zrobiła się pewna wrzawa i Platforma chciała to wykorzystać, ale trochę się pogubiła, bo okazało się, że wielu jej posłów też powywieszało billboardy i inne nośniki, kampanię informacyjną robiło też SLD. Ludzie chyba dostrzegli, że nie ma w tym nic złego.

Proto.pl: Państwa spoty były szeroko komentowane, nie zawsze oceniano je dobrze. Pierwszy do złudzenia przypominał amerykańską reklamówkę wyborczą. Czerpaliście wzorce „od najlepszych” za ich zgodą?

T.P.: Nie wstydzimy się pewnej inspiracji, bo to nic złego. Nasze spoty odnoszą się do sztucznych barier, które przeszkadzają młodym ludziom w osiąganiu sukcesów o tłamszeniu aspiracji Polaków o niespełnionych obietnicach rządu. To są realne problemy i my o nich mówimy. Oczywiście w tysiącach spotów, ktoś może znaleźć coś podobnego. Pracując nad tym spotem z nikim w USA go nie konsultowaliśmy.

PRoto.pl: Donalda Tuska ma podobno nie być na billboardach. PiS za to ma premiera Jarosława Kaczyńskiego. Media przypominają, że podobnie zaklinał rzeczywistość Jan Maria Rokita. To dobry zabieg?

T.P.: Jest jednak zasadnicza różnica między Jarosławem Kaczyńskim, a Janem Marią Rokitą. Otóż Jarosław Kaczyński był premierem, a Jan Maria Rokita nie. W Polsce jest zaś tradycja zwracania się także do byłych premierów per panie premierze. Dlatego proszę nie odbierać tego jako jakiegoś zabiegu. Jeśli Donald Tusk nie chce być na billboardach swojej partii to być może się jej wstydzi, albo Platforma jego.

Proto.pl: Na jedynkach PiS-u ma być więcej kobiet niż dotychczas. To krok w kierunku ocieplenia wizerunku?

T.P.: Nie. To z ocieplaniem wizerunku nie ma nic wspólnego. U nas zawsze ceniliśmy kobiety. Proszę sobie przypomnieć, że śp. Grażyna Gęsicka była pierwszą kobietą – przewodniczącą Klubu Parlamentarnego w Sejmie. W rządzie PiS wiele kobiet było ministrami, a prof. Zyta Gilowska pełniła także funkcję wicepremiera rządu. Także na naszych listach wyborczych w 2007 roku było dużo kobiet. Tak będzie i teraz, ale ja bym uważał to raczej za przejaw konsekwencji, a nie nowy krok. Przypominam, że w wyborach 2007 roku na „jedynkach” mieliśmy więcej kobiet niż Platforma, SLD czy PSL.

Proto.pl: Jakie tematy zdominują nadchodzącą kampanię? Wizerunek Donalda Tuska słabnie, ale partia nadal utrzymuje się dość wysoko w sondażach. Tymczasem Jarosław Kaczyński otwiera „szklane drzwi zablokowanych aspiracji Polaków”

T.P.: W tym spocie pokazaliśmy realne problemy dotykające szczególnie młode pokolenie. Proszę popytać młodych ludzi, to powiedzą pani, jak dużo w znalezieniu pracy zależy od znajomości, koterii, a nie od kompetencji. Jak dużo jest barier prawnych i innych ograniczających czy wręcz hamujących energię młodego pokolenia. W naszej kampanii będziemy robili to, co robią wszystkie partie opozycyjne na świecie. Będziemy prezentować nasz program i sprawdzać jak rząd wywiązał się z obietnic wyborczych. To standard w państwach demokratycznych. Co do sondaży, to proszę pamiętać, że Platforma zawsze była przez nie rozpieszczana. Sondaże często znacznie się myliły i bardzo różniły od wyników wyborów na naszą niekorzyść. Nie wiem czy ostatnio zauważyła pani, że wiele sondaży jest opatrywanych dopiskiem, komentarzem: „cytowane badanie jest sondażem nie prognozą wyborczą”.

PRoto.pl: Wspomniał Pan o standardach w demokracji. Tymczasem Jarosław Kaczyński w wywiadzie dla Gazety Polskiej stwierdził, że demokracja w Polsce „bardzo słabo funkcjonuje”, wręcz „zamienia się w pewien pozór”, a dziennikarze pracują na „niemieckich etatach”. Jak to z tą demokracją jest?

T.P.: Zawracamy uwagę na pewne niebezpieczne zjawiska związane z przebiegiem wyborów czy wolnością słowa, tj. proceder kupowania głosów w wyborach na prezydenta Wałbrzycha, unieważnienie przez sąd tych wyborów. Dodajmy do tego znalezione karty do głosowania w samochodzie komendanta policji z warszawskiej Białołęki, akcję ABW przeciwko twórcy strony internetowej krytycznej wobec prezydenta, karanie mandatami kibiców za okrzyki nieprzychylne premierowi, telefon szefa kancelarii premiera do Prezesa Polskiej Agencji Prasowej, żeby dziennikarz nie zadał niewygodnego pytania premierowi Tuskowi. Takich niepokojących sytuacji jest więcej. Naszym obowiązkiem jest o nich mówić. W dobrze funkcjonujących demokracjach, gdzie władza podlega prawdziwej kontroli społecznej takie sytuacje są nie do pomyślenia.

Proto.pl: O tegorocznej rozgrywce politycznej powiedział Pan, że będzie obfitowała w wiele fauli. Co konkretnie miał Pan na myśli?

T.P.: Wynika to z obawy, że Platforma będzie chciała zachować władzę za wszelką cenę i nie cofnie się przed kłamstwami, oszczerstwami czy jakimiś prowokacjami.

PRoto.pl: Do tej pory to raczej o PiS mówiło się w kontekście prowokacji. Dziadek z Wermachtu obrósł już niemal w legendę…

T.P.: To stare dzieje, nie ma co do nich wracać. Ja zaś pamiętam, że jeszcze będąc w PO, Janusz Palikot bardzo interesował się dziadkiem Jarosława Kaczyńskiego i śp. Lecha Kaczyńskiego. Proszę też pamiętać o tym i pytać o to Platformę.

Proto.pl: Jak PiS chce się bronić przed „nieczystą grą”?

T.P.: Jeśli zostaniemy zaatakowani to będziemy konsekwentnie bronić prawdy, ale nie damy się sprowokować. Proszę przypomnieć sobie okoliczności w jakich z wyborów prezydenckich w 2005 roku wycofał się kandydat lewicy Włodzimierz Cimoszewicz i kto do tego doprowadził. Naszą odpowiedzią na podobną nieczystą grę będzie prawda.

Proto.pl: A co ze sprawą Śląska i zakamuflowanej opcji niemieckiej? Było też wystąpienie posła Ziobry w Europejskim Parlamencie. Pierwsza zaprzepaściła szanse na głosy w tym regionie, druga nasuwa pytanie o wewnętrzny rozłam w partii. Jest czy go nie ma?

T.P.: Ta pierwsza sprawa pokazuje nam jak łatwo jest „grać” wyrwanymi z kontekstu zdaniami i nadawać im zupełnie nowe znaczenie, niezgodne z intencją autora, jak to miało miejsce w tym przypadku. Tylko pytanie czy to jest uczciwe. Takim chwytem posłużono się przeciw nam, ale ludzie, którzy tego użyli zapomnieli o wypowiedzi Radosława Sikorskiego, który pisał, że „Polskę byłoby łatwiej reformować, gdyby można było zrezygnować z jej wyeksploatowanych regionów przemysłowych, takich jak Śląsk”. Ja liczę na to, że wyborcy nie dadzą się tak łatwo zmanipulować i na Śląsku jak i w innych województwach uzyskamy wysokie poparcie. Co do drugiej sprawy mogę panią zapewnić, że żadnego rozłamu nie ma.

Proto.pl: Czy takie wystąpienia nie wpływają czasem źle na spójność kampanijnego wizerunku partii?

T.P.: To zależy jak są przedstawiane przez media. Czy są wyolbrzymiane, wyrwane z kontekstu po to tylko by można z nich zrobić newsa. To jest często od nas polityków niezależne. Pewne wypowiedzi żyją czasami własnym życiem.

Proto.pl: Co z PJN? Wejdzie Pana zdaniem do Sejmu?

T.P.: Nie specjalnie interesuje mnie los PJN.

Proto.pl: Raport komisji Millera w końcu znalazł się na biurku premiera i został upubliczniony. To dobrze czy źle, że termin wypadł tuż przede wyborami?

T.P.: To źle, że wbrew solennym obietnicom premiera raport nie został ukończony i opublikowany kilka miesięcy wcześniej. To źle, że raport został sporządzony w sytuacji, kiedy wrak samolotu nadal jest w Rosji, a wielu dokumentów strona Polska nie otrzymała. Być może Donald Tusk liczył, że w wakacje zainteresowanie sprawami publicznymi jest mniejsze, no i w takim momencie lepiej przeprowadzić manewr z rezygnacją ministra Klicha.

Proto.pl: Nie jest tak, że dla PiS liczy się tylko raport Macierewicza? To dobra broń w staraniach o umocnienie waszego twardego elektoratu.

T.P.: Zespół pod przewodnictwem Antoniego Macierewicza wykonał ogrom solidnej pracy, choć miał ograniczone możliwości dotarcia do niektórych materiałów. Nie był obliczony na, jak pani mówi, nasz „twardy elektorat”, ale na poważne potraktowanie największej, jak to głosi wspólna uchwała Sejmu i Senatu, tragedii jaka wydarzyła się w Polsce po drugiej wojnie światowej.

Proto.pl: Co sądzi Pan na temat informacji podanej przez Rzeczpospolitą, że MAK w sprawie katastrofy smoleńskiej korzystał z usług jednej z lepszych agencji PR i kwestie typu alkohol we krwi polskiego generała to przemyślany zabieg PR-owy?

T.P.: Co tu dużo mówić, Rosjanie świetnie przygotowali się propagandowo do prezentacji raportu. To mnie za bardzo nie dziwi, bo w dezinformacji, czarnej propagandzie, manipulacjach mają chyba największe doświadczenie na świecie. To, że skorzystali z usług agencji PR, pokazuje jak bardzo ta sprawa była dla nich ważna. Jak ważne było takie rozegranie raportu, żeby cała wina za katastrofę smoleńską spadła na Polskę. Szkoda, że polski rząd nie przygotował się tak profesjonalnie.