Sport i polityka jeszcze długo będą się potrzebować

Sport i polityka jeszcze długo będą się potrzebować

Na początku 2024 roku europoseł Tomasz Poręba ogłosił swoje odejście ze Stali Mielec. W długim wpisie zakomunikował, że ze wspierania podkarpackiego klubu rezygnuje z powodu zmiany władzy. Nie było tajemnicą, że Poręba latami ściągał do Stali wsparcie spółek Skarbu Państwa. Jednocześnie klub z Mielca był jednym z nielicznych, w którym mariaż z polityką nie skończył się skandalami i przepalaniem milionów. Czy to oznacza, że taka współpraca ma rację bytu? A może to tylko wyjątek potwierdzający regułę? Poręba przedstawia nam polityczno-sportowe relacje z własnej perspektywy.

Przed panem pierwsza od dawna runda Stali Mielec, w której nie ma pan na nią wpływu. Jak się pan z tym czuje?

Nieswojo, bo przez blisko dziesięć lat mocno angażowałem się w życie Stali, od transferów piłkarzy i trenerów, zmiany organizacji klubu po rozmowy ze sponsorami. Taki czas odciska swoje piętno na człowieku, ale moje odejście to była jedyna słuszna decyzja, bo klub musi iść dalej i odnaleźć się w nowych okolicznościach, nie tylko sportowych. Na końcu trzeba zawsze kierować się interesem Stali.

Przez blisko dziesięć lat klub rozwijał się z panem, wyszło całkiem nieźle. Czemu teraz ma być mu łatwiej bez pana?

Może nie łatwiej, ale…

Lepiej?

Nie chodzi o to, czy będzie lepiej czy łatwiej. Każdy klub ma swoje fazy rozwoju i musi się w nich odnaleźć, także w okolicznościach pozasportowych. To one były decydujące. Nie ukrywam, że w ostatnich latach w życie klubu mocno angażowały się podmioty państwowe, spółki Skarbu Państwa, co w naturalny sposób zawsze zależy od wyników wyborów. Gdy w październiku ubiegłego roku Polacy wybrali inną opcję polityczną, uznałem, że aby ta współpraca nie została przerwana, lepiej żebym się odsunął. Choć chcę też tu podkreślić — nie tylko spółki Skarbu Państwa wspierały Stal Mielec. To także 4F, LV Bet, Toyota, PZL Mielec, dziesiątki podmiotów prywatnych. Nie było tak, że Tomasz Poręba przyprowadzał tylko sponsorów państwowych.

Ale nie ukrywajmy, że to spółki Skarbu Państwa były najważniejsze. Bez nich nie byłoby Stali w tym miejscu.

Na pewno. PGE przekazuje obecnie sześć milionów złotych rocznie, w pierwszej lidze były to dwa miliony. PZU dokłada milion. To 35% budżetu Stali, a jest jeszcze Lotto, które wspiera osobny podmiot, czyli akademię. Bez tych pieniędzy ciężko byłoby coś zbudować, a wiele klubów ma większe pieniądze, tylko gorzej nimi gospodaruje. Nam przy skromnym budżecie — zaczynaliśmy w Ekstraklasie od 15 milionów zł, obecnie to kilka milionów więcej — udało się zbudować solidny zespół i profesjonalnie zarządzany klub. Dziś Stal jest zupełnie inna niż parę lat wstecz.

To się udało z panem w jednej z głównych ról. Teraz pana nie ma tylko dlatego, że zmieniła się władza. To jest normalne? Ciężko mi sobie wyobrazić, że w zwykłej firmie znacząca postać odchodzi z powodu wyników wyborów.

Niestety taką mamy w Polsce rzeczywistość. Gdy odchodziłem, napisałem kilka słów od serca. Mielec nie jest miastem, w którym są duże, prywatne firmy. Budżet i władze miejskie też nie były do tej pory gotowe na wspieranie klubu piłkarskiego znaczącymi kwotami, porównywalnymi z dużymi miastami. Nie ma też żadnego prywatnego inwestora. Dlatego polityka jest dla Stali ważna. Trudno było mi sobie wyobrazić, że pójdę do nowego szefa PGE, Totalizatora Sportowego czy do ministra, a oni powiedzą: chociaż jesteś z PiS, to podwoimy to, co dajemy na Stal, bo dzięki Stali zbudowaliśmy też swoją markę, rozpoznawalność, mamy świetne ekwiwalenty medialne. Normalnie tak to powinno działać, ale nie w Polsce. To chora rzeczywistość, ale tak dziś wygląda nasz kraj. Jest politycznie podzielony na pół, jest duża wzajemna niechęć, która przekłada się nawet na działanie klubów sportowych.

Pan w ogóle próbował swoją działalność kontynuować czy rzucił pan ręcznik?

Nigdy się nie poddaję, ale miałem bardzo jasne sygnały z różnych miejsc, że moje pozostanie w Stali na pewno nie będzie pomagać w jej dalszym finansowaniu.

Z jakich miejsc?

Z otoczenia nowych władz.

Skoro pan mówi, że nowe władze niechętnie patrzyłyby na dalsze finansowanie Stali Mielec z panem w roli głównej, to może jest po prostu tak, że ten sponsoring nie ma żadnych innych podstaw niż właśnie pana osoba?

Obowiązuje jeszcze półtoraroczny kontrakt, z trzyletniego, który udało się z PGE wynegocjować. Co będzie dalej, to już decyzja nowych władz. Stal ma czas, żeby zbudować relacje z nimi w atmosferze finansowego spokoju. Nie jestem dzieckiem. Nie było sensu napinać muskułów.

Zadam to pytanie inaczej: czy spółki Skarbu Państwa mają jakikolwiek interes w tym, żeby finansować Stal Mielec poza tym, że akurat pan o to poprosił?

To był win-win dla PGE i Stali Mielec. To potężna spółka energetyczna z siedzibami na Podkarpaciu, która buduje swój wizerunek jako firma stawiająca na transformację energetyczną. Stal wpisała się w strategię promocji PGE, a dzięki PGE ruszyła mocno do przodu. To bardzo udany projekt biznesowo-pijarowy. Mam nadzieję, że będzie kontynuowany w kolejnych sezonach.

Tylko co zyskuje na tym PGE? Gdy Orlen wspiera team Formuły 1, ma to sens — rosnący na zagranicznych rynkach gigant paliwowy pokazuje się światu. A tu?

Podkarpacie jest rozpędzonym, rosnącym regionem, który przez lata był zaniedbywany. Wejście PGE, troska o opóźnione w rozwoju regiony, było bardzo dobrym ruchem marketingowym, pokazaniem odpowiedzialności za słabszych. Dzięki PGE w Mielcu stanęła na nogi akademia, dzieciaki garną się do Stali i są ubrani od stóp do głów w zestawy z logiem PGE. Wokół klubu rodzi się atmosfera dumy ze Stali, z Mielca…To podprogowo działa też mocno na wizerunek PGE.

Cały czas mówimy o tym, co dzięki PGE zyskała Stal, a ja nie mam wątpliwości, że zyskała wiele. Tylko co zyskało PGE?

Widziałem raporty medialne PGE i Stali i wartości ekwiwalentów reklamowych PGE. To jedyna spółka Skarbu Państwa w Ekstraklasie reprezentowana w nazwie klubu, która mocno się rozreklamowała, ma duży przyrost klientów.

Rozumiem, że można to konkretnie powiązać ze Stalą?

Zawsze, gdy rozmawiałem z szefostwem PGE, słyszałem, że Stal Mielec mocno wpłynęła na ich rozpoznawalność i biznes.

Dlaczego więc spółki Skarbu Państwa przyprowadza zawsze jakiś mecenas? Czy to w Radomiu, czy w Mielcu, sponsoring załatwia polityk, nie jest tak, że ktoś ze spółki sam zgłasza się z pieniędzmi i mówi: o, tu możemy się wypromować.

Ktoś musi zrobić pierwszy krok i przekonać kogoś do tego pomysłu. Mnie udało się przekonać Lotto, PGE i PZU, że na wejściu do Stali skorzystają. To klub z piękną tradycją, historią, zlokalizowany w postindustrialnym mieście, gdzie upadł zakład zatrudniający 20 tysięcy osób i Mielec przestał żyć, zaczął się staczać. Dzięki Ekstraklasie wróciły dawne emocje piłkarskie — też dzięki sponsoringowi spółek Skarbu Państwa — miasto znów zaczyna żyć, rośnie infrastruktura. Budujemy centrum treningowe w Tuszowie. To fantastyczna promocja: rozwijamy region, budujemy jego renomę, wspieramy sport. Może ten zysk nie jest wymierny, namacalny, ale bez wątpienia wizerunek wspierających klub firm się poprawia.

Wydaje mi się po prostu, że kolejność beneficjentów tej sytuacji jest taka: 1. Klub sportowy, 2. Polityk, który załatwia sponsora, 3. Sam sponsor.

Trudno to wyważyć, bo na podstawie jakich danych zastosować taką gradację? Ocena współpracy ze Stalą Mielec ze strony PGE zawsze była bardzo wysoka, korzystna dla spółki. Oni zaistnieli w świadomości społecznej w dużej mierze dzięki piłce nożnej i Podkarpaciu, co jest widoczne w różnych raportach. Oczywiste jest, że gdy przyprowadza się sponsora, robi się awans do Ekstraklasy, jest o tym głośno. Starałem się jednak nie wyskakiwać ludziom z lodówki jako patron Stali Mielec.

I tak wszyscy o tym wiedzieli.

Na pewno, ale nigdy nie kreowałem się na zbawcę, wypowiadałem się tylko wówczas, gdy było to konieczne, nie udzielałem wielu wywiadów. To nie jest mój styl.

Ludzie sami pana wykreowali na taką osobę. Funkcjonowało przekonanie, że bez pana nic w Stali Mielec nie może się wydarzyć.

Być może tak było, nie będę tego ukrywał. Ściągając sponsorów, organizując wspólnie ze współpracownikami klub, budując uczciwe relacje z zawodnikami, zastrzegałem wszystkie strategiczne decyzje dla siebie. Trenerzy, transfery, decyzje organizacyjne — ostatnie słowo należało do mnie i Bogu dzięki raczej się nie myliłem. Grałem w piłkę, czuję ją, znam te emocje, rozmawialiśmy po piłkarsku. Nigdy nie chciałem być dla ludzi w klubie politykiem, zawsze byłem jednym z nich. Szanowałem ich pracę i mam do nich wielki szacunek. Przez te wiele lat udało się też wykreować wielu ciekawych, często nieoczywistych ludzi. Jacek Klimek, był tuż przed decydującą rozmową na temat nowej, bardzo ciekawej pracy. Odebrał ode mnie telefon. Wrócił do Mielca. Zaczęliśmy współpracę i to był strzał w dziesiątkę. Adama Majewskiego ściągnąłem z wakacji, dostał szansę i ją świetnie wykorzystał.

Słyszałem, że w jego przypadku też w grę wchodziła polityka, że polecali go ludzie z Płocka.

Obserwowałem go od dłuższego czasu, ale nie zaprzeczę: pytałem o opinię na jego temat. Wziąłem to jednak na siebie, od dawna go chciałem mieć, a zwróćmy uwagę na to, że to był nieznany w Ekstraklasie trener. Byliśmy świeżo po odejściu trenera Włodzimierza Gąsiora i dla wielu to był szok, że postawiliśmy na Adama, nawet w klubie wielu było mocno tym zaskoczonych. Najważniejsze jednak, aby w takich sytuacjach wierzyć swojej intuicji, a przede wszystkim się nie bać. Na tym polega branie odpowiedzialności. Podobnie było w wielu innych przypadkach.

Ktoś może pomyśleć, że świetny był z pana prezes czy właściciel. A pan nie pełnił w Stali Mielec żadnej formalnej roli. Tak to powinno wyglądać?

Zapytał pan, jak było, więc opowiedziałem.

Doceniam to, pytam po prostu, czy powinno być tak, że najważniejsze decyzje w Stali podejmuje osoba, której de facto w Stali nie ma?

Wróćmy do etapów rozwoju klubu. Na jednym z nich pojawił się Tomasz Poręba i wybrał taką, a nie inną metodę zarządzania. Nie chcę oceniać, czy jest to dobre, czy złe. Interesuje mnie wynik, a ten jest dla Stali pozytywny. Będąc w Brukseli, nie mogłem pełnić roli prezesa czy dyrektora sportowego, bo często uczestniczyłem w życiu klubu na odległość

Ale jednak pan zarządzał, więc czemu nie w jakiejkolwiek roli, która formalnie wiązałaby pana ze Stalą? Nie wiem, dyrektora zarządzającego? Miałoby to więcej sensu.

Proszę pamiętać, że byłem bardzo wysoko w hierarchii partii rządzącej, prowadziłem kampanie wyborcze. Nie chciałem wprost przyklejać Stali łatki klubu aż tak bezpośrednio związanego z polityką. Wybrałem drogę stworzenia zespołu ludzi, którzy świetnie Stal budowali i zarządzali nią razem ze mną. Na tym etapie rozwoju klubu nie było konieczne łączenie Stali ze mną i PiS w sposób otwarty. Na miejscu funkcjonowali świetni ludzie: prezes Jacek Klimek i członkowie rady nadzorczej, w tym twórca inspirującej strategii Arek Złotnicki, Michał Zając oraz do pewnego czasu Piotr Andrusiewicz, szef stowarzyszenia Krzyszof Kapinos. Udało się stworzyć świetnie rozumiejący się team. To dzięki nim Stal jest tu gdzie jest. Osobiście, bardzo dużo się też od nich nauczyłem.

Oni faktycznie w tym klubie coś robili, nie byli tylko od zatwierdzania pańskich decyzji?

Absolutnie nie! Stworzyliśmy razem świetnie naoliwiony zespół zarządzający.

Dużo było sytuacji, w których oni coś wymyślili, a pan na końcu to odrzucał?

Zdarzało się, ale najczęściej były to mocne burze mózgów. W relacjach międzyludzkich staram się rozmawiać na argumenty, doprowadzać do konsensusu poprzez ucieranie się opinii, emocje które muszą się gdzieś spotkać.

Kilka lat temu mówił pan “WP Sportowym Faktom”, że Stal Mielec ma być polskim klubem, a dziś jest to zespół międzynarodowy. To się panu podoba?

Wpisuje się to w kolejny etapy rozwoju klubu. Był etap, w którym budowaliśmy zespół na Polakach, ale na koniec poprzedniego sezonu wyczułem, że doszliśmy do ściany. Szatnia była za bardzo polska.

Tak się da?!

Musieliśmy pożegnać się z kilkoma chłopakami, kilku z nich doszło po prostu do ściany, a ja czułem, że jeśli znów weźmiemy Polaków, to może być dla Stali tango down.

Dlaczego?

Potrzebowaliśmy zaproszenia do tego projektu obcokrajowców, ich emocji, podejścia do treningu, relacji i doświadczeń. Wszystko miało służyć temu, żeby Stal poszła trochę inną drogą. Widziałem to od środka, czułem, że zaczynało czegoś brakować i coś się wypalało. Trzeba było podjąć decyzję, czy iść w ten sam schemat, czy wprowadzić coś nowego. Dziś to już inny zespół. Spędził ze sobą ponad pół roku. Wierzę, że to zaprocentuje, choć w przypadku niektórych transferów, jak na przykład Ilji Szkurina, musieliśmy się mocno nagimnastykować. Wiele musiało się wydarzyć, aby dołączył do Stali, a jeszcze więcej, aby przedłużył z nią kontrakt, ale to już temat na inne opowiadanie, przy innej okazji.

Wróćmy do tego, że nie chciał pan, żeby do Stali Mielec przyklejono łatkę klubu politycznego. Odszedł pan jednak z klubu z powodów politycznych. Czyli ta łatka i tak była.

Słusznie pan zauważył, że każdy wie, jak było. Bez ośmiu lat rządów PiS nie byłoby Stali Mielec w Ekstraklasie i projektów infrastrukturalnych na Podkarpaciu. Można narzekać na politykę w sporcie, ale bez tego wiele rzeczy by się nie udało. Sztuką jest jednak dobrze wykorzystać potencjał polityczny i finansowy. To nie są relacje, które są czarno na białe. Sport i polityka przenikają intuicyjnie.

A w ogóle powinny się przenikać?

Bez polityki nie byłoby dużych projektów sportowych, nie da się temu zaprzeczyć. Przy mądrym ułożeniu relacji sport-polityka to koncept win-win, bardzo trudny do zmiany w najbliższych latach. Obydwa te światy będą się jeszcze długo potrzebować nawzajem.

Rozumiem, że sport potrzebuje polityki, gdy trzeba wybudować stadion czy ośrodek treningowy. Tylko czy potrzebuje jej, żeby jeden klub miał wsparcie spółek Skarbu Państwa, a inny nie?

W przypadku takich miast jak Mielec to było jedyne wyjście, a środki ze spółek Skarbu Państwa były jedyną szansą na odbudowę klubu. W Mielcu udało się je mądrze wykorzystać.

Zdaję sobie też sprawę, że polskie kluby są w takim miejscu łańcuchu pokarmowego, że bez wsparcia spółek Skarbu Państwa nie byłyby w stanie funkcjonować. Ludzie pytają jednak, czemu kluby, które mają swoich mecenasów, zyskują, a inne nie. Czy nie powinno być tak, że spółki Skarbu Państwa wpłacają pieniądze do wspólnej puli i dopiero wtedy je dzielimy? Żeby nie było tak, że dobrze ma tylko ten, kto jest blisko władzy.

To jest dżungla, brutalna walka, ale nie da się tego wyeliminować. Kto jest silniejszy, kto ma większe wpływy, jest w stanie zrobić więcej dla swojego ośrodka – nie chodzi tylko o sport.

Jest tu pewien paradoks, bo chyba nawet pan zauważa, że nie do końca tak powinno to wyglądać. Tak, polski klub potrzebuje pieniędzy z polityki, żeby funkcjonować. Nie powinno być jednak tak, że funkcjonowanie klubu jest uzależnione głównie od polityki.

Cały czas jesteśmy krajem na dorobku. Dopóki nie pojawią się u nas duże firmy z dużymi pieniędzmi, substytutem wsparcia będzie polityka. Mam nadzieję, że dojdziemy do tego, co jest na zachodzie, że do sportu wejdzie kapitał prywatny, ale do tego jeszcze wiele lat. Jesteśmy, gdzie jesteśmy, korzystamy z możliwości, które mamy. Chciałbym, żeby w Polsce było jak w Belgii czy Anglii, ale to też jest kwestia zamożności kraju.

Pan jest pozytywnym przykładem udziału polityki w sporcie, chyba można tak powiedzieć. W innym klimacie rozmawialibyśmy, gdyby ktoś w tym samym stylu zarządzał Stalą i nie odnosił przy tym sukcesów.

Oczywiście, gdyby mi się nie udało, byłaby wielka nagonka na mnie i klub, że przejada publiczne pieniądze. Zdawałem sobie z tego sprawę. Dlatego te ostatnie lata to był też duży stres, aby nie popełnić błędu.

Ale widzi pan też zagrożenia płynące z obecności polityki w sporcie? Obraz polityków funkcjonujących w klubach piłkarskich jest, ogólnie, zły.

Widzę, jest wiele przykładów burzenia i niszczenia, a nie tworzenia. Nie wchodząc w szczegóły: to kwestia wiedzy, intuicji, temperamentu ludzi, inteligencji emocjonalnej. To nie jest łatwy kawałek chleba, żeby będąc twardo osadzonym w polityce zarządzać projektem sportowym. Są to kwestie bardzo indywidualne, zależące od pokory, wyobraźni, pomysłu. Zawsze chciałem w Stali budować pozytywny przekaz, nakręcać ludzi, pokazywać im większe perspektywy, zamiast szukać konfliktów. Żeby wejść do Ekstraklasy, trzeba było przebudować klub mentalnie. Zbudować potencjał emocjonalny, że to jest możliwe. Przełamać kompleksy i ograniczenia. To dziś jest dla mnie największym sukcesem Stali. Nikogo się nie boimy. Wierzymy w siebie.

Nie chciałem jednak działać w klubie na zasadzie dyktatu. Mam dwie natury: polityka i sportowca. W polityce miałem jednak bardzo trudny moment, gdy “Rzeczpospolita” wmieszała mnie w “Katargate”. W kolumnie korupcja zamieściła moje zdjęcie jako człowieka sprawdzanego przez służby belgijskie w kontekście afery katarskiej w Parlamencie Europejskim. W polityce trzeba mieć grubą skórę, ale moja rodzina ciężko to zniosła, wiele się na mnie wylało. Nigdy nie miałem z tą aferą związku, pozwałem “Rzeczpospolitą” do sądu, mam na piśmie z prokuratury federalnej, że moje nazwisko nie pojawiło się na żadnym etapie tej afery. Polityka jest jak walka w ringu bez rękawic i kasku, gdy druga strona taki sprzęt ma. Można o mnie napisać wszystko, pozostaje mi proces, po którym za trzy, cztery lata może ktoś mnie przeprosi.

Zastanawiam się nad tym, co dalej robić w życiu. Jednym z pomysłów na moją dalszą aktywność będzie sport. Mam mnóstwo fajnych kontaktów na świecie, nie chcę odkrywać jeszcze wszystkich kart.

“Katargate” to ciekawy wątek, w pewnym stopniu także powiązany ze sportem. W Parlamencie Europejskim faktycznie da się odczuć nacisk na pewne tematy?

Parlament Europejski to jedno wielkie siedlisko lobbystów i interesów, które bardzo mocno oddziałują na posłów. Posłowie są permanentnym celem różnych organizacji, korporacji, nie tylko związanych ze sportem. Wszystko pod kątem decyzji legislacyjnych, które są kluczowe dla świata. Wybuch tej afery mnie nie zdziwił, wiem, jaki wpływ na Parlament Europejski ma lobbing. Teraz zostało to trochę ograniczone, ale rok temu lobbyści mieli swobodny dostęp do posłów, mogli z nimi swobodnie rozmawiać, nigdzie się nie rejestrując.

Skoro mówi pan, że jednym z pomysłów na przyszłość jest sport: widzi pan jeszcze swój powrót do Stali Mielec?

Na tę chwilę ten rozdział jest zamknięty.

Musi się zmienić władza!

Nie, nie. Mam na siebie trochę inne plany, mniej związane z Polską. Będę jednak mocno kibicował i wspierał. Gdy ktoś ze Stali będzie chciał usłyszeć moją opinię, jestem do dyspozycji. To będzie zawsze mój klub.

ROZMAWIAŁ SZYMON JANCZYK

Źródło: https://weszlo.com/